O tym, co cieszy lub boli, o moim wewnętrznym dojrzewaniu i ewolucji w każdej dziedzinie życia, o rzeczach, o których zwykle się nie mówi, bo nie wiadomo jak...
RSS
środa, 15 sierpnia 2007
Śniła mi się córka Jezusa...
Leonardo zdominował moje życie! Dotarł też do podświadomości. Śniła mi się dzisiaj Sara, czyli córka Jezusa, w której istnienie święcie wierzy Zakon Syjonu. Dziwny sen. Paryż, w którym nigdy nie byłam, spowity londyńską mgłą i ona samotnie idąca ulicą w stroju z epoki Chrystusa...
Jezus i Maria Magdalena... nic, co ludzkie nie powinno być nam kością niezgody!

Zakończenie "Kodu L. da Vinci" zostawiłam sobie na dzisiejszy wieczór niczym deser po duuużym obiedzie. Nie mogę otrząsnąć się i wyjść z tego świata, w którym tkwiłam od kilku dni. Wciąż kołaczą mi w głowie pojęcia Opus Dei, klucz sklepienia, Zakon Syjonu, seneszale,  kult Bogini...

Sangreal - San Greal - Sang Real - Święty Grall, który wg autora nie jest kielichem Jezusa z Ostatniej Wieczerzy, tylko szczątkami Marii Magdaleny...

Postać Mony Lizy - androgeniczna?? Jej imię to anagram boskiej jedności między tym, co męskie, a tym, co kobiece...

MONA LIZA = AMON (egipski bóg płodności) + L'IZIS (egipska bogini płodności Izis, Izyda) 

Jezus i Maria Magdalena? (do której, nie umiem powiedzieć dlaczego, od dzieciństwa żywię sympatię i ogromny sentyment).  To akurat - gdyby się potwierdziło - byłoby dla mnie szokiem POZYTYWNYM.

Jaką rolę w tym wszystkim NAPRAWDĘ odegrał Kościół?????? 

MOJA MAMA (NIEZMORDOWANA CZCICIELKA IDEI RADIA MARYJA)  DOSTAŁABY CHYBA ZAWAŁU, GDYBY DOWIEDZIAłA SIĘ, ŻE JEJ PRAWIE CZTERDZIESTOLETNIA CÓRKA - ZAMIAST NIEŚĆ WRAZ Z NIĄ "KAGANEK OŚWIATY" - WŁAŚNIE SIĘ ZASTANAWIA, CZY JEGO ŚWIATłO JEST AUTENTYCZNE!

Ile w tym faktów? Może to nie lektura dla takich laików historycznych jak ja...

wtorek, 14 sierpnia 2007
Uwaga! Nalot!

Dzień przeżyty w pośpiechu i oczekiwaniu na wiadomości z grodu Prasłowian. Mieli dać znać, czy przyjadą w drodze do Lichenia i ilu w końcu ich przyjedzie (zapowiedzi były zatrważające - prawie 20 osób!).

Przezorny Faraon zapełnił lodówkę i zamrażalnik cobyśmy na dziadów nie wyszli. Potem zabrał się za koszenie trawy, a w międzyczasie oczywiście za zamiatanie, bo miotła zaraz po gitarze jest jego ulubionym narzędziem podnoszenia własnego ego (boję się o stan naszych podłóg za kilka lat, po tak wnikliwym przeciąganiu kilka razy dziennie ponadstumetrowej powierzchni trzeba będzie pewnie wymienić przynajmniej niektóre panele).

Wysiłek fizyczny,słońce i piwko z soczkiem malinowym podziałały;) Morfeusz właśnie porwał go w swoje ramiona. A ja nareszcie mogłam wtopić się w wirtualny świat:)

Pełna mobilizacja nakazała mi umyć przynajmniej niektóre okna i posadzić kwiatki w donicach przed domem (nieźle! na koniec lata!).

Co do "Prasłowian" - NALOTU NIE BĘDZIE. Z różnych powodów zrezygnowali z Lichenia (ale synchronizacja!). Alarm odwołany. Ale jego skutki będą jeszcze przez jakiś czas cieszyć nasze oczy i - rzecz jasna - żołądki!

niedziela, 12 sierpnia 2007
I Penelopa może zostać Faraonem;)

Kołem toczy się to wszystko, co mnie otacza. W tych zawirowaniach i zakrętach czasami się gubię...bo lubię (lubiłam?) stagnację, spokój, białe to białe a czarne to czarne. Może nie dostrzegałam wcześniej tych szarości, niuansów, które widzę teraz... czasem zbyt ostro...

Dziś jak Konrad Wallenrod - jestem wcieleniem niedźwiedzia, bo wiele trzeba mieć siły, żeby unieść ciężar, który mnie przytłacza od wielu miesięcy...i wcieleniem lisa, który sprytnie powinien wiązać fakty i wyprzedzać własne myśli. Ale czasem z tego dziwnego połączenia, z tej ewolucji umysłu tworzę "filmy", które okazują się być tylko imaginacją.

Taaa... parafrazując tekst z "Seksmisji"... "a miało być tak pięknie...do grobowej deski, tylko Ja i On, życie w rodzinnym ciepełku, pełne zaufanie...", a tu BUM! Deska grobowa może pozostanie, bo póki co wybaczyłam, jesteśmy ze sobą (i to - o paradoksie! - bardziej niż kiedykolwiek!), ale zaufanie wyskoczyło z panteonu moich wartości. Gdzieś uciekło pewnej listopadowej nocy. Żeby było śmieszniej dokładnie 1 listopada odbył się jego "pogrzeb". Wtedy odkryłam podwójne oblicze Tego, który był dla mnie tym "do grobowej deski".

Gdzieś się pogubiliśmy... Przyznam szczerze - oboje. Tyle, że ja siedziałam cicho jak mysz pod miotłą dusząc w sobie smutek, samotność, pragnienia...Nie szukałam pocieszenia w innych ramionach. Po prostu czekałam. Ale na co?? Bóg raczy wiedzieć! Kiedy patrzę na tamtą siebie, ogarnia mnie złość na tę GłUPIą BIERNOść, NAIWNOść, UKłADNOść średnowiecznej panny - "oczka w słup, buzia w ciup, rączki w małdeżyk". No i co ja sobie myślałam?! Że skoro plan dnia zrobiony - czytaj: dom poukładany jak należy, to już wystarczy???

Faraon wracał wieczorem skrzywiony, zmęczony tym, od czego, jak twierdził "żyły sobie wypruwał", a ja siedziałam, gąska jedna, ze sprawdzaną akurat dwudziestą piąta pracą w ręku, z odwalonym planem dnia wg wskazówek Faraona, zmęczona także, ale czymże (myślałam wtedy) było moje zmęczenie wobec żył wypruwanych dla rodziny! A i tak szklanka nie stała tak, jak trzeba (w równym szeregu z innymi), skarpety (te szare) nie były wyprane na jutro (nic to, że w Jego szafie leżała sobie kupka pieczołowicie poukładanych skarpet w innych kolorach!) i "po co ta włączona muzyka!" (przemawia do mnie muzyk z wykształcenia i zamiłowania, który przez ostatnie pół godziny jechał swoja limuzyną aż trzęsącą się od nadmiaru muzyki!). Ufff... Najlepiej się położyć i jakoś przetrwać do jutra rana. Rano będzie pewnie mała zadymka o niepościerane milimetrowe okruszki na blacie albo te skarpety, co ich wczoraj nie uprałam, ale do wieczora potem spokój... I tak to się toczyło...

Dziś Ja jestem Faraonem:) Ale o tym opowiem Wam innym razem.