Kołem toczy się to wszystko, co mnie otacza. W tych zawirowaniach i zakrętach czasami się gubię...bo lubię (lubiłam?) stagnację, spokój, białe to białe a czarne to czarne. Może nie dostrzegałam wcześniej tych szarości, niuansów, które widzę teraz... czasem zbyt ostro...
Dziś jak Konrad Wallenrod - jestem wcieleniem niedźwiedzia, bo wiele trzeba mieć siły, żeby unieść ciężar, który mnie przytłacza od wielu miesięcy...i wcieleniem lisa, który sprytnie powinien wiązać fakty i wyprzedzać własne myśli. Ale czasem z tego dziwnego połączenia, z tej ewolucji umysłu tworzę "filmy", które okazują się być tylko imaginacją.
Taaa... parafrazując tekst z "Seksmisji"... "a miało być tak pięknie...do grobowej deski, tylko Ja i On, życie w rodzinnym ciepełku, pełne zaufanie...", a tu BUM! Deska grobowa może pozostanie, bo póki co wybaczyłam, jesteśmy ze sobą (i to - o paradoksie! - bardziej niż kiedykolwiek!), ale zaufanie wyskoczyło z panteonu moich wartości. Gdzieś uciekło pewnej listopadowej nocy. Żeby było śmieszniej dokładnie 1 listopada odbył się jego "pogrzeb". Wtedy odkryłam podwójne oblicze Tego, który był dla mnie tym "do grobowej deski".
Gdzieś się pogubiliśmy... Przyznam szczerze - oboje. Tyle, że ja siedziałam cicho jak mysz pod miotłą dusząc w sobie smutek, samotność, pragnienia...Nie szukałam pocieszenia w innych ramionach. Po prostu czekałam. Ale na co?? Bóg raczy wiedzieć! Kiedy patrzę na tamtą siebie, ogarnia mnie złość na tę GłUPIą BIERNOść, NAIWNOść, UKłADNOść średnowiecznej panny - "oczka w słup, buzia w ciup, rączki w małdeżyk". No i co ja sobie myślałam?! Że skoro plan dnia zrobiony - czytaj: dom poukładany jak należy, to już wystarczy???
Faraon wracał wieczorem skrzywiony, zmęczony tym, od czego, jak twierdził "żyły sobie wypruwał", a ja siedziałam, gąska jedna, ze sprawdzaną akurat dwudziestą piąta pracą w ręku, z odwalonym planem dnia wg wskazówek Faraona, zmęczona także, ale czymże (myślałam wtedy) było moje zmęczenie wobec żył wypruwanych dla rodziny! A i tak szklanka nie stała tak, jak trzeba (w równym szeregu z innymi), skarpety (te szare) nie były wyprane na jutro (nic to, że w Jego szafie leżała sobie kupka pieczołowicie poukładanych skarpet w innych kolorach!) i "po co ta włączona muzyka!" (przemawia do mnie muzyk z wykształcenia i zamiłowania, który przez ostatnie pół godziny jechał swoja limuzyną aż trzęsącą się od nadmiaru muzyki!). Ufff... Najlepiej się położyć i jakoś przetrwać do jutra rana. Rano będzie pewnie mała zadymka o niepościerane milimetrowe okruszki na blacie albo te skarpety, co ich wczoraj nie uprałam, ale do wieczora potem spokój... I tak to się toczyło...
Dziś Ja jestem Faraonem:) Ale o tym opowiem Wam innym razem.